W Czadzie tak naprawdę nic do końca się nie udaje. Nawet najprostsze czynności wymagają wysiłku… chciałbyś się napić wody… musisz sobie ją najpierw przefiltrować, może masz ochotę na owoc? … zazwyczaj nie znajdziesz nic na targu… masz swoje drzewa owocowe, to dzieci ci wszystko zjedzą, akurat jak śpisz na sjeście … może warzywa? … nie tak dawno całe dwa tygodnie polowałem na pomidory… a jak w końcu je znalazłem to zepsute (przynajmniej druga połówka była dobra, więc co nieco dało się zjeść 😉 … chcesz przeprawić się przez rzekę, nie możesz bo akurat muzułmanie się modlą i nic nie działa… jak już wstali od modlitwy, to okazuje się że są na drugim brzegu i akurat jest bydło do przewiezienia… więc po dwóch godzinach przeprawiasz się na drugi brzeg, a tu znowu okazuje się że katechiści się pomylili i nie jedziesz tam gdzie zaplanowana była msza, tylko zostajesz w innej wspólnocie tak przy okazji…

I można by tak pisać długie, niekończące się litanie owych nietrafionych zdarzeń, które w dziwny sposób układają się jak na złość człowiekowi. I tak sobie myślę czasami, że tutaj to tak zawsze… wiatr w oczy, nóż w plecy, kij w d… i kawa na mankiet 😛 co obrazuje trochę poniższa historia …

Zaczęło się zwyczajnie, najzwyczajniej rankiem… miałem jechać do niedalekiej wspólnoty… droga niezbyt odległa, ani jakoś nader skomplikowana, więc nie powinno być problemu – pomyślałem. Wsiadłem na motorek i jadę nad brzeg przeprawiać się pirogą… kto jeździł szybko motorkiem po głębokim piasku, ten wie, że ciśnienie wzrasta wtedy wprost proporcjonalnie do przebytej drogi… na szczęście nie musiałem robić salta w powietrzu ani lądować telemarkiem na piasku, jak to się zdarzyło ostatnim razem. Tym razem tylko kameleon o mało co życia nie stracił na drodze…

Dotarłem na brzeg… szybka przeprawa pirogą i znowu mam wsiadać na motorek… tym razem katechisty. I tutaj zaczęły się schody… bo zanim Seraphin (katechista) wyciągnął motorek to już trzy rzeczy od niego odpadły…

– Spokojnie père … to żaden problem… tu się przyczepi, a to możemy zostawić – powiedział Seraphin (dla wyjaśnienia père – czyli ojciec, ksiądz)
– A jak tam hamulce?
– Oj tam hamulce. Będziemy i tak wolno jechali ponieważ nie ma powietrza w kołach, bo dętki są w marnym stanie..
– Ale tutaj jeszcze coś ci wisi i się wlecze tak że zaraz odpadnie… (chodziło o podnóżkę motorka i hamulec nożny…)
– Spokojnie père… Już naprawiam… (w tym momencie wziął kawałek drucika i przymocował wszystko do tłumika…)
– A tłumik wytrzyma?
– Spokojnie père raczej wytrzyma…
– Jeszcze ci lampa odpada … :/ nie zapomnij przymocować

(W tym momencie Seraphin wziął kawałek gumy i przymocował lampę i licznik do kierownicy)

– Zostaje jeszcze nadmuchać koła…
– Spokojnie père już się robi.

Dmuch, dmuch… odpadło coś od pompki… dmuch dmuch znowu… drugi plastik odpadł od pompki… jak tak dalej pójdzie to nam się pompka skończy…

W końcu ruszamy… przebieg drogi wyglądał w wielkim skrócie jak poniżej:

Pyr, pyr, pyr… wyboje jakbyśmy po jakimś rozszalałym morzu się poruszali… ale nic… pyr, pyr… pierwszy kapeć… zatrzymujemy się i dmuch, dmuch, dmuch… dmuch… ruszamy dalej… pyr, pyr, pyr… pyr, pyr…

Drugi kapeć więc znowu dmuch, dmuch, dmuch… dobra jedziemy dalej… trzeci kapeć… jako że nie ma hamulców, a jedziemy na kapciu szybko się zatrzymujemy na dmuch, dmuch, dmuch, dmuch… dmuch… jest coraz gorzej… a tu jeszcze kilka kilometrów… pyr, pyr, pyr… dmuch, dmuch powtarza się jak jakiś refren piosenki o wątpliwej jakości, w której biały myśli jak zabić murzyna… w końcu dajemy za wygraną i już nie ma dmuch, dmuch, tylko samo pyr, pyr… bo został tylko kilometr … droga malownicza … ach te żółte odcienie wszędobylskiego piasku… w uszach wiatr, w oczach łzy, na liczniku dwa lub trzy… z naszą zawrotną prędkością dosłownie pożeramy ostatnie 300 metrów, a ja czuję jak dętka chce uwolnić się z okowów tylnej opony i wychodzi boczkiem, boczkiem po prawej… najpierw leciutko słychać lekki hałas, a potem już bezczelnie i bez najmniejszego wstydu owija się ona wokół koła blokując je całkowicie 😉 silnik gaśnie, koło nie chce nawet o centymetr się ruszyć, ale przynajmniej tłumik nie odpadł … do kaplicy zostało 50 metrów więc stwierdziłem że tyle już dojdę sam … A jeszcze nawet nie zacząłem dobrze dnia…

Drogę powrotną pominę może milczeniem 😉

Share on FacebookShare on StumbleUponTweet about this on TwitterGoogle+Print this pageEmail to someone